Zaczęłam od przeglądania dostępnych, ale bardzo nielicznych jeszcze wtedy, opracowań ze zdjęciami. Wtedy podstawową pracą były „Zamki śląskie” Bohdana Guerquina, profesora architektury Politechniki Wrocławskiej i niekwestionowanego znawcy zamków średniowiecznych. Tam zobaczyłam pierwsze zdjęcia z Gościszowa. Wszystko pasowało: zamek, ruina, jakiś renesansowy detal., a do tego brak polskich (a jak się później okazało także niemieckich) opracowań – i o to mi chodziło. Wypadało tam pojechać. Pojechałam z bratem jego starą, ledwie trzymającą się drogi syrenką, jak się potem okazało wiele razy przemierzaliśmy tę drogę, w najróżniejszych porach roku. Pierwsze wrażenie było niesamowite. Ruiny były podobnie zarośnięte jak dzisiaj, tylko nie było tylu śmieci. Trudno było przejść, nawet murów nie było widać wyraźnie spośród 1,5 metrowej wysokości zieleni – istny „zamek śpiącej królewny”. Za to co za detale, ile rzeźb całych i we fragmentach, leżących pod murami i w trawie. W fosie od strony parku rozmakały w błocie barokowe rzeźby, które spadły z mostu. Dokoła leżały porozbijane fragmenty, na których ktoś wyraźnie trenował swoją siłę. Pod murem od strony ulicy leżały fragmenty dwóch trytonów, które spadły ze szczytu., pełno barokowych balustrad i utrąconych kul wieńczących je niegdyś. Wchodziliśmy do fosy, grzęznąc po kostki w lepkiej mazi, żeby sfotografować rzeźby, a niektóre z nich tak były nasiąknięte wodą, że kamień ustępował pod naciskiem palca. Dokoła walające się fragmenty rzeźbiarskie, tułowie, głowy, kosze owocowe, wazy… . Nie wiem czy ktoś do nich strzelał, czy rozbijał czymś ciężkim, ale patrząc na nie czułam niemal fizyczny ból. Mogłam je zabrać, ale wdawało mi się to wtedy świętokradztwem. Na dziedzińcu zamkowym leżały ledwo widoczne, zarośnięte mchem, dwa wspaniałe neogotyckie kapitele i fragment jakiejś wazy. Wewnątrz ruin znalazłam fragmenty zielonych i brązowych kafli piecowych. Z wielkim strachem zeszłam do piwnic, zamienionych na wychodek aby tam odkryć dwa gotyckie portale. Wrażenia były niesamowite i już wiedziałam, że to właśnie ten zamek będzie tematem mojej pracy. Nie sądziłam jednak, że zdominuje wszystkie moje zainteresowania na wiele, kolejnych lat.
Pracę napisałam jak umiałam, bez oparcia w innych opracowaniach, których po prostu nie było, a nawet bez dokładnego planu architektonicznego, którego też jeszcze wtedy nie było. Kiedy przyszedł czas na wybór obiektu do pracy magisterskiej chciałam koniecznie dalej kontynuował ten temat. Ale tu mój profesor i promotor zaoponował stwierdzając, że to przecież ruina, dekoracja owszem wspaniała, ale w większości niezachowana, brak źródeł itp. no więc o czym dalej chcę właściwie pisać. Ja jednak byłam absolutnie nieugięta. Im bardziej namawiał mnie na wybór innego obiektu, tym bardziej upierałam się przy swoim. Spór trwał przez kilka tygodni, wywołując na zajęciach ogólne rozbawienie. W końcu mój promotor ustąpił..
Teraz się dopiero zaczęło. Niemal w tym samym roku, gdy ja pisałam swoją pracę, na terenie ruin gościszowskich rozpoczęły się prace prowadzone na zlecenie Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków przez studentów Wydziału Historii Architektury Politechniki Wrocławskiej. Przede wszystkim zaczęli oni od usunięcia z terenu ruin całej dzikiej roślinności, odsłaniając wreszcie po raz pierwszy (i zarazem ostatni) wszystkie mury. Potem wykonywali przez wiele miesięcy pomiary i pierwsze, dokładne plany architektoniczne. Snuli się po całej wsi i chyba nawet byli przyjaźnie traktowani przez mieszkańców.
Tymczasem ja nieustannie próbowałam znaleźć jakieś informacje o zamku, natrafiając stale na pustkę. Wymyśliłam więc sobie, że może w kościele są jakieś nieznane źródła – naiwnie sądząc, że coś znajdę. Ówczesny, tamtejszy proboszcz nic nie wiedział. nie był też raczej specjalnie życzliwy, ale rzucił mi przez ramię informację, że do księdza z Ocic przyjeżdżał podobno jakiś dawny pastor z Gościszowa i może on coś wie. Daleko nie było więc pełna nadziei udałam się do tegoż księdza. Ten machnął ręką, że nic nie wie, ale że miałam bardzo zawiedzioną minę przyznał po chwili, że faktycznie był u niego jakiś pastor i podał mi z pamięci jego adres: Hans Klein, Berlin Zachodni, ul Rosenstrasse 13.
Napisałam list i czekam, czekam. Mija miesiąc, potem drugi, więc pomyślałam, że nic z tego nie będzie. Aż tu nagle dostałam list, tylko pastor nazywał się Hellmut, mieszkał w Berlinie Wschodnim i nie na ul. Rosenstrasse tylko na Rotherstrasse. Wspaniały, życzliwy i ciepły człowiek, którego potem poznałam osobiście, był pastorem maleńkiej parafii w Berlinie. Wysoki, bardzo przystojny, prawie łysy, grał pięknie na skrzypcach, a jego żona – przemiła siwa pani, która niegdyś musiała być bardzo piękna, grała na fortepianie. Wspaniale gotowała (szczególnie wypiekała ciężkie, niemieckie ciasta z ogromną ilością bitej śmietany) i stwarzała niesłychanie ciepłą atmosferę wokół siebie. Pewnego dnia, zaproszeni przeze mnie i moją rodzinę, przyjechali swoim trabantem do Gościszowa, z pewną obawą (przed mieszkańcami) poruszali się po znajomych miejscach, a pastorowa z ogromnym wzruszeniem opowiadała drobne fakty z dziejów zamku, a także m.in. w którym przewodzie kominowym schowały z właścicielką, tuż przed ucieczką, trochę sreber – nie muszę chyba mówić, że więcej w nim było dziur niż cegieł. To co udało im się zabrać z sobą zostało im potem skradzione w czasie ucieczki, już w Czechach.
Przez pastora poznałam syna ostatnich właścicieli zamku, barona Friedricha Karla v.Eggelinga, który wówczas mieszkał na terenie Berlina Zachodniego. Ten także okazał się niezwykłym człowiekiem, pogodzonym z utratą rodowego majątku, bez jakichkolwiek uraz, do tego, jak jego pokolenie, z poczuciem winy za wybuch wojny, chociaż przecież on sam był wtedy jeszcze prawie dzieckiem. Przez wiele miesięcy korespondowaliśmy, a baron chętnie pomagał mi, odgrzebując z zakamarków swojej pamięci wszystko co sobie jeszcze przypominał, przesłał mi też swoje rodzinne zdjęcia zamku, opowiadał jak siadał na moście od strony parku gdy wybierał się ze swoją dziecięcą dwururką na polowanie „na ptaki”, opisywał na której kolumnie wyrył swoje inicjały, otrzymując za to lanie od ojca, opowiadał jak matka założyła w ogrodzie rosarium i jak hodowała kwiaty w oranżerii, a potem ustawiała je w wielkich donicach wokół zamku i jak on hodował w jednym z pomieszczeń zamkowych ozdobny drób. Opisywał nawet takie szczegóły, jak to podłoga w pokojach od strony fasady była tak krzywa, że ustawiona przy jednej ścianie piłka za chwilę była przy ścianie przeciwległej, opisywał kolory tapet czy wyposażenie kaplicy. Dawny, wymarły świat, który wygrzebywał z niepamięci, ale jak bardzo ożywiał moją wiedzę o zamku. Rysował mi też i dokładnie i opisywał rozkład i przeznaczenie pomieszczeń, a także opisywał jakie cenne wyposażenie posiadały i który z jego przodków się do tego przyczynił. Opowiadał też o rodzinnych uroczystościach, a ja czułam, że otwierały się przy tym blizny w jego wspomnieniach i fakty które wolał zapomnieć. Otrzymał egzemplarz mojej pracy wraz z kompletem zdjęć, które pastor przemycał z wielkim strachem, pod płaszczem, do Berlina Zachodniego.
Jednocześnie co jakiś czas jechałam ponownie do zamku skonfrontować fakty i wykonać nowe zdjęcia. Mój brat, żeby mi pomóc, urządził w mieszkaniu własną ciemnię, stąd nie musiałam oszczędzać na ilości zdjęć. Wpadło mi też do głowy aby poprosić profesora Guerquina o pomoc przy datowaniu murów średniowiecznych, z czym sobie kompletnie nie mogłam poradzić. Bardzo przejęta, w końcu tylko studentka, a on bardzo znana persona, poprosiłam go o konsultacje. Profesor, bardzo życzliwy i chętny do pomocy, przyjął mnie w maleńkim pokoiku (mieszkał w bloku), po sam sufit wypełnionym książkami o tematyce zamkowej. Byłam zaszokowana, gdy zaproponował, że bardzo chętnie pojedzie z nami do Gościszowa, którego jak się okazało, nie znał z autopsji (!), a pisał o nim na podstawie opracowań niemieckich oraz zdjęć, zwożonych mu przez studentów, podróżujący na rowerach (!) po Dolnym Śląsku (były to wszak lata 50-te). Z tego właśnie powodu w jego książce zostało błędnie zamieszczone (o czym wtedy nawet nie wiedział) zdjęcie portalu z Piotrowic Świdnickich, zamiast z Gościszowa. Może nie byłoby w tym pragnieniu nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, ze profesor był już bardzo wiekowy, sparaliżowany jednostronnie i poważnie chory na serce. Mimo kategorycznego zakazu swojej żony, zapakował się wraz z laseczką. ze swoją awaryjną piersiówką koniaku i pastylkami z nitrogliceryną w naszą syrenkę i pojechaliśmy, my w wielkim strachu, żeby coś się nie przydarzyło po drodze, albo w samych ruinach. Profesor, który chyba od dawna nigdzie nie był w terenie, biegał po ruinach zamkowych, jakby był o 30 lat młodszy, a nawet zażyczył sobie zwiedzić parę obiektów po drodze.
Był rok 1980, gdy ukończyłam pracę, po 1.5-rocznym pisaniu. Okazała się niezła, została wydrukowana w streszczeniu i spowodowała, że zamek w Gościszowie został odkryty niejako „na nowo” i powrócił na swoje miejsce w historii sztuki. Po kilku latach zmarł pastor, a potem jego żona. W latach 90-tych skontaktował się ze mną ich syn, który jako architekt, prowadzący dużą firmę, chciał znaleźć sponsorów i zainicjować kupno i remont zamku wraz przyległym terenem i przekształcenie go w kompleks hotelowy z polami golfowymi. Przywiózł ze sobą prawnika i gotowy, bardzo nowatorski projekt odbudowy. Wszystko miało zostać zrealizowane w ciągu 6 lat (!). Kompetentne do rozmów urzędy były zachwycone , ale w międzyczasie zamek zmienił właściciela i nic już nie dało się zrobić. Ten nowy „pan na zamku” stał się niestety przysłowiowym „gwoździem do jego trumny”.
Po studiach podjęłam pracę i nie zajmowałam się zamkiem, potem poważnie zachorowałam. Wtedy ponownie powróciłam do tego tematu, odkrywając, że przecież są jeszcze ogromne obszary, które są zupełnie nieznane. Potężnym impulsem było dla mnie odkrycie, że istnieje (uważany za zaginiony) portret najwybitniejszego właściciela zamku Caspara v.Warnsdorffa. Kolejne 10 lat studiowałam źródła, wertowałam tysiące stron najrozmaitszych tekstów, cale mnóstwo rękopisów i starodruków, zasięgałam informacji w muzeach i bibliotekach niemieckich i czeskich. Moje wiadomości pęczniały. W końcu doszło do napisania książki o zamku i jego mieszkańcach, a potem kilka lat dobijania się o jej wydrukowanie. Nie sądzę, żebym coś jeszcze potrafiła dodać do tego tematu. Moje marzenie o wydaniu książki się spełniło i nie oczekuję już chyba niczego więcej ponad to, żeby zamek pozostał w ludzkiej pamięci taki, jak był kiedyś.
Małgorzata Stankiewicz
„Gościszów – dzieje zamku”








